RSS
czwartek, 24 marca 2011
Druk

Chyba nieźle ma się moja prokrastynacja, skoro po wydrukowaniu wszystkiego według planu nie jestem w stanie skończyć czytać tego co napisałam. Jestem jakoś po połowie, i nawet podoba mi się, więc nie jest powodem awersja do czytania tego co sama stworzyłam. Zwyczajnie wiem, że jest nieźle, że nie ma obciachu, jednak znajduję różnorakie powody, by robić coś innego. Dziś dla perzykładu jest nim chęć obejrzenia kolejnego odcinak madmana, połączona ze spożyciem wina. I mimo że myślałam, żeby wstrzymać się z alkoholizacją przynajmniej na dni kilka, to jednak miałam tak dużą ochotę na czerwone wytrawne, że się jej poddałam i skusiłam.

Jeśli nie wypiję jej całej, choć wiele wskazuje na to, że tak się nie stanie, istenieje cień szansy, że będę czytać dalej.

 

20:50, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 marca 2011
Krowa, a nie umowa

Szukam miejsca. Nie mieszkania, nie kawiarni, nie klubu, nie pubu, tylko miejsca ogólnie, gdzie można być pewnym, że ludzie kierują się czystymi intencjami i nikt nikogo nie chce przerobić. Że gdy coś robi, to dlatego, że myśli, że tak jest dobrze, a nie kombinuje, że to mu się opłaci w przyszłości, bo tym samym wrobi jakiegoś naiwniaka. Że jak ci coś proponuje, to dlatego, że chce ci to zaproponować i ma nadzieję, że zarówno ty jak i on będziecie zadowoleni i usatysfakcjonowani. Że gdy daje ci do podpisania umowę, to nie taką, że myślisz, że to żart, albo że on myśli, że jesteś skończonym frajerem i że dasz się w nią wrobić. Czy tak trudno skonstruować jakiś zapis dokładnie w tej formie, w jakiej wcześniej ustaliliście, że będzie brzmiał, a nie dokładnie odwrotnie? I nie dopisywać jakiś bzdur, na które żaden myślący, niezdesperowany człowiek się nie zgodzi. Wszystko wskazuje na to, że nie, że nie ma na to szans. Że zawsze, ilekolwiek umów by się w życiu podpisywało, zawsze mają nadzieję, że zemlesz przekleńswo i podpiszesz co ci podtykają. Czy tak trudno zrobić dobrze nie tylko sobie, ale i komuś kogo z zasady ceni się, bo przecież nie bez powodu w ogóle ta umowa ma być podpisana? Dlaczego trzeba czuć się jak a. frajer - jeśli podpisało się umowę bez uwag, b. czepialski malkontent, który jaśnie państwu z góry zawraca dupę swoimi uwagami i chęcią zmian?

Może przekwalifikuję się na wypas krów. Takich rozterek pewnie wtedy nie ma. Choć jakiś domorosły kapitalista w skupie mleka też pewnie lubi pocwaniaczyć. Na psy schodzi to wszystko. No bo nie na krowy.

00:27, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 08 marca 2011
Dysonans

Zabawne jest uczucie, gdy już jesteś nastawiony i przekonany, że coś pójdzie źle, że nie będziesz zadowolony z rezultatów, już w głowie masz cały plan awaryjny, dysonans zredukowany praktycznie do zera i nagle to się nie wydarza. Ba, wydarza się coś, co cię wyjątkowo pozytywnie zaskakuje.

Wtedy myśli mogą być dwie: ale to dobrze, że nastawiłam się źle, dzięki temu teraz mam podwójnie miłą niespodziankę, pozytywnie się rozczarowałam i wszystkie negatywne myśli znikają.

Opcja druga: już jesteś tak bardzo po drugiej stronie muru, tak skutecznie redukowałaś dysonans w teorii, że właściwie nie wiesz, czy fakt, że nie wydarzył się spodziewany negatyw cieszy cię tak bardzo jak powinien, bo przez to, że dobrze wyszło musisz zrezygnować z tak konkretnych już planów, do których już zaczynałaś się uśmiechać, ba, wręcz wyglądałaś ich i odliczałaś czas, jaki pozostał ci do ich wdrożenia w życie.

Ja na razie jestem w opcji pierwszej, big time. Nie wykluczam jednak, zmian stanu obecnego. Znam się wszak nie od dziś

00:25, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 marca 2011
Przy sobocie

po robocie. Został mi mniej niż tydzień. Mam już kask, żeby w razie załamki bez uszczerbku dla zdrowia móc walić głową w ścianę. Choć mam raczej pozytywne nastawienie. Cieszę się, że zbliża się deadline, zawsze wtedy najlepiej u mnie z mobilizacją. Podobnie jak w przypadku wspomnianego kilka dni temu tekstu - oczywiście zrywałam się o poranku i siedziałam do nocach (dwóch aż chyba, i tyle samo poranków), ale napisałam i dziś już wydrukowany, bez zmian praktycznie, czyli jak chcę to mogę, i dobrze mi to wychodzi. Czas na dłuższą formę najwyraźniej. Sorry, ale Mad Meni wzywają.

22:46, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 marca 2011
WriteMonkey.com

I życie prokrastynatora stalo się prostsze. Tudzież trudniejsze, zależy od perspektywy, bo oto znika kolejne usprawiedliwienie indolencji.

23:51, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 marca 2011
Nałogowo

Niestety nie piszę lecz piję. Nałogowo na me skromne możliwości. Jednak. Integracyjne picie z początku wzbudziło mój wewnętrzny bunt: jak to, będę musiała pić mimo że postanowiłam, że do nart nie będę?! w między czasie, i za namową (wiesz, pierwsze picie w robicie, nie masz wyjścia) zmiękczyłam swoje nastwienie, nie mniej i tak planowałam góra kieliszek. Dopiero wychodząc, po pół butelki - więc i tak szacun za wstrzemięźliwość, zdałam sobie sprawę, że połowa osób piła colę, bez rumu, i ja też mogłam, jednak nie przyszło mi to do glowy. Next time

23:04, prokrastynator
Link Komentarze (1) »
Podpiszę?

Gdy już się weźmiesz i zbierzesz, podrzucają ci pod nogi iluśset stronicową umowę-kłodę i wszystkiego ci się odechciewa. Czy zawsze muszisz czuć się jak ten jełop, którego ktoś chce wydymać i któremu nikt nie ufa, więc zapisy są tak skonstruowane, że przeczytanie jakiegokolwiek skutkuje wzrostem ciśnienia i zaczerwieniem twarzy, aż po koronę. Czemu umowa nie może być miła i dla obu stron równie dobra? Czemu muszę iść jutro, mówić co mi się nie podoba, słyszeć gdzie ktoś to ma, wlaczyć o rzeczy, które ostaliłam, gdy negocjowałam warunki, czy naprawdę myślą, że nie pamiętam o czym rozmawialiśmy miesiąc temu? Kpina.

00:31, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 marca 2011
Namacalnie

Po raz kolejny odczułam prokrastynację mą wewnątrztrzewiową, niedającą się wyplenić, uśpić, ani spacyfikować. Od 2 tygodni ponad zbierałam się do napisania rzeczy, która wciąż miała szansę na przełożenie. Miałam do wyboru dwa deadline'y, najpierw, jak nakazują zasady sztuki, wybrałam termin pierwszy. Z pełnym przekonaniem, że dam radę. Im bardziej się zbliżał, tym bardziej topniała moja pwność siebie, aka pewność możności zrealizowania zadania na czas, aż w końcu, gdy już wiedziałam, że zebranie się jest fizycznie niemożliwe, tudzież, gdy już więcej nie chciało mi się tym stresować, więc przyjęłam a priori, że ograniczenia natury zewnętrznej i niezaleznej ode mnie, czytaj pozostały czas, nie pozwolą mi na wywiązanie się z materiału, zagaiłam o jego jednak przesunięcie na termin późniejszy. Bez problemu osiągnęłam swoje, dostałam dodatkowe 10 dni. Przez 8 nei zrobiłam nic. Czekałam na mannę z nieba, wkładałam komputer pod poduszkę, by napisało się samo, przywoływałam krasnala-cudotwórcę, gina z butelki (pierwsze życzenie: chcę więcej życzeń; dżin tak nie może; to więcej dżinów w takim razie), jednak znikąd pomocy. Termin zbliżał się nieubłaganie. Więc co ostatecznie zrobiłam? Wzięłam i usiadłam i zabrałam się do roboty. I mam już połowę. Jutro wstaję przed czasem i ogarniam dalej. I jak pokazuje doświadczenie, dam radę. Tylko na cholerę zgotowałam sobie 2 tygodnie myślenia wciąż o tym, że muszę, a jeszcze nie zaczęłam, stresowania się, odsuwania od siebie myśli nie zawsze skutecznie, wkurzania się na siebie i wszelkie nieprzychylności losu, a najbardziej na niewyspanie. Bez sensu. I teraz to wszystko napipsałam, a postanoweinie, że następnym razem postąpie zupełnie odwrotnie i od razu wszystko ogarnę straci zapewne ważność wraz z najbliższą okazją do prokrastynacji.

23:08, prokrastynator
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 lutego 2011
The Final Countdown

Jak śpiewały w mojej młodości szalone chłopaki ze Szwecji. Za dni plus minus 10 drukuję wszystko i z wypiekami na twarzy kreślić będę, przestawiać, dopisywać i pisać (pierwsze) dzieło mojego życia. Rodzić w bólach i konwulsjach delirycznych, bo zapić musiałam frustracje pisarskie dnia poprzedniego. Głowić się czy wystarczająco doskonałe, niebywałe, trafiające w serca i pod strzechy pokoleń setek przyszłych.

A teraz na ziemię: czy osoba zaparzająca kawę codziennie w kawiarni, podająca ją pędzącym do biurek i  desperacko potrzebującym przyjemności w drodze do 10-godzinnego kieratu nie jest pracą dużo bardziej satysfakcjonującą i niezbędną niż jakakolwiek pseudo intelektualna? A gdy już większość się przeczłapie i do czasu lunchu, tej przerwy na złapanie mignięcia dnia przemijającego, który toczy się w równoległym wymiarze, biurkersom nieznanym, łagodnym, spokojnym, leniwie delektującym się słońcem, skrywającym przed zamiecią, przeczekującym deszcz, czas na książkę. Własną lub czyjąś. Idylla.

21:28, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 21 lutego 2011
Dorożka dla pierożka

Dobra, dobra, bo czasu coraz mniej, ja tu prokra-prokra, a za 3 tygodnie wielkie drukowanie. Potem potajemne, bo z pewnością w tej fazie nie komisyjne czytanie, skreślanie, zmienianie, kartek cało-ciało palenie, nerw, wkurw, załamka, żenada, rekuperacja, katharsis i power, i do przodu. Wiele dziś nie stworzę, padam po weekendzie z WNM pod hasłem pierożkarni, jedynie zabrakło dorożkarni, by móc wsiąść w jakiś wehikuł i uciec, gdy się nam na spacery po Łazienkach przy minus 15 zebrało. Nie mogę się nadziwić i nacieszyć, że oto nastąpił wielki come back. Dostałam tym samym odpowiedź na pytanie: tak, czasem trzeba sobie darować i poczekać aż minie okres tak miałki, że aż bezwonnie bezwenny.

22:59, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 lutego 2011
She comes and goes

A na imię jej Wena. Czy walcząc z prokrastynacją powinnam zmuszać się, by nawet gdy dół zalewa mój dół aka grajdoł, w którym przyszło mi dane na tym świecie baraszkować, zbierać się w swoich rozleniwionych trzewiach i pisać dzielnie? Czy dać sobie spokój, odczekać dnia kilka, pozwolić, by uderzeniowa fala trosk i wkrętów wyparowała wraz z zaparzaną mate? Tym razem odczekałam, nie z celowego wyboru, zwyczajnie nie byłam w stanie się zmusić. Jednak jeśli zdecyduję, że powinnam - dostosuję się.

Czy każdy piszący zawsze tak ciężko orze, czy może zwyczajnie siada i wypływa z niego wielkim bełtem cała treść żołądkowo-myślowa? Ze mnie póki co wypływa katar, nie tylko nosem, bo nie nadąża, więc unosi się w górę, ku zatokom, zapchanym już również, ku neuronom, strzelającym palcami, gdy wpadną na pomysł, wyzwalając iskry, zalewane jednak teraz produktem kataropodobnym, który przejawia atrybuty zbliżające go do boskości - tworzy się sam z niczego. I tego samego życzę mojej książce.

21:23, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 07 lutego 2011
Czerwiec

I nic więcej mi do szczęścia nie trzeba.

21:52, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 lutego 2011
This is it

Emocje sięgają zenitu. Do tego stopnia mam zajawkę, że od razu po pierwszym dniu zaczęłam się martwić, że nie będę miała o czym pisać, bo skoro wszystko jest tak emocjonujące, to trudno wykrzesać coś jeszcze poza: jestem zachwycona. Co prawda dziś miałam w pewnym momencie odruch ucieczkowy, że wsiadam w samolot i wracam do WNM, rzucam to wszystko w diabły, będę się martwić potem co dalej, ale w takim stresie i z taką odpowiedzialnością, i jeszcze z jakąś cipką co ma wąty to ja nie dam rady, ale jak już wszystko ogarnęłam, to znów poczułam tę błogość i przez zestresowane i ściągnięte do granic neurony przedarła się myśl: to jest to! Brakuje tylko MJ, który by mi to wyśpiewał. To poczucie, że nic nie zostaje na jutro, że wszystko jest od razu, na już, i efekt natychmiastowy to tak, jak gdyby ktoś dopasował tempo i sposób pracy do mnie. Co ja przez te wszystkie lata robiłam w innych miejscach?

21:11, prokrastynator
Link Komentarze (2) »
wtorek, 01 lutego 2011
D-DAY

Idę spełniać swoje marzenia.

08:56, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
sobota, 29 stycznia 2011
Słowotok

Gdyby flow na pisanie równał się mojemu dzisiejszemu tempu wyrzucania z siebie słów, klawiatura by tego nie wytrzymała. Jestem nakręcona jak koksiara, gadam komu się da i co się da, a najdłużej na skajpie z WNM, który przez 1h40m dowiadywał się co jadłam na obiad, szczegółowo jaki jest wiek kursantów, jakimi stylami pływałam wczoraj i w jakim wymiarze basenowym (10xżabka, 6xkraul z pullem, 6xkraul z deską, 6xkraul normal, 3xplecy z deską, 3xbez deski - weź się już dziewczyno utop i zamknij), i, co najważniejsze, o mojej teorii dotyczącej Californication, mimo że on nie widział serialu nigdy, a ja całe 2 odcinki. Ale ja nie dam rady? I nie wykluczam, że jak kiedyś obejrzę jeszcze dwa, to ją zmienię i stanę się wierną fanką frajera w kabrio, podobnie jak było z intelektualistkami z seksu w wielkim mieście (za to w undertakerach z 6th under zadurzyłam się od pierwszego wejrzenia), ale póki co za moje wywody dałabym się pokroić.

Na power mój intelektualny wpłynęła albo aktywizacja i zajawka pokursowo-giełdowa, albo wczorajszy basen, będący pierwszą, ale jak ważna i wielką literą w zdaniu: Motywacja to od teraz moje drugie imię. Bo ile można prokrastynować? I mimo że dla potrzeb bloga będę musiała ściemniać, że nic się nie zmieniło, to jednak nastąpił ten wielki moment zmiany. Nic jednak straconego – motywację mogę stracić w każdym najmniej lub najbardziej spodziewanym momencie, pokus jest wszak co niemiara. A wtedy prokrastynator powróci w w glorii i chwale.

22:16, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
piątek, 28 stycznia 2011
Californication jest słabe

Nie to żeby usiąść i zacząć pisać było trudne, tylko to, żeby było o czym. Kiedy myślę, że znów będę patrzyć na komputer i zastanawiać się co z siebie wyssać, żeby mieć co przelać, ogarnia mnie paraliż, niechęć, poczucie bezsensu, jałowości tego wszystkiego, jak gdybym czapę miała nałożoną na kreatywną część mózgu, uniemożliwiając mi posługiwanie się wyobraźnią i tworzenie historii z niczego. Zaczynając, od razu chcę mieć pomysł na zakończenie, nie potrafię jak King radzi swoim naśladowcom, by po prostu pisać, pozwolić płynąć myślom, tworzyć się historiom na bieżąco, pozwalać im podążać swoją, rodzącą się tu i teraz ścieżką. Nawet nie wiem od czego zacząć, od razu chce wiedzieć dokąd zmierzam, dopasować środek do zakończenia. Myślę i się gubię, oglądam filmy, czytam książki, za każdym razem, przy pomyślnych wiatrach, czasem są wtopy, więc przy prawie każdej historii czymś jestem zaskoczona, i myślę, jakie to proste, że ja też bym tak potrafiła. A kiedy mam coś stworzyć smutnego, a smutne rzeczy żrą najbardziej, to nie mogę, nie chcę.

Tak samo jak nie bawi mnie Californication, bo jak śmiać się z czegoś, co na co dzień jest wszędzie i nikt nie chce tego na sobie odczuć, a gdy robi to zblazowany luzer w cabrio to każdy się zaśmiewa. Czemu? Kolesie, bo też by tak chcieli? Co dobę mieć inną, ale kochać wciąż tę samą, nie przeszkadzać sobie jednak tym, że przez bycie frajerem jej nie ma, bo w końcu trudny wybór, ale też nie, że to jego życie takie smutne. A laski? Bo myślą, że to ich nie dotyczy? Albo też by tak chciały, mieć takie jaja i luz jak ten loverboy, albo przynajmniej być jedną z jego ruchadełek, bo w końcu i poczucie humoru ma i gębę niczego sobie.

I dlatego jak mam o wszystkich tych dramatycznych, bolących, przykrych rzeczach pisać, a o takich musi być, to jakoś ciarek dostaję, że mam stworzyć kolejny ludzki dramat, którego wolałabym udawać, że nie ma. Inaczej, być to on nawet sobie może, byleby się dobrze skończył. Bo i sobie i innym nie chcę źle życzyć. Nawet jak ich zmyślam. Głupie to w sumie, jak teraz napisałam, samarytanka i siostra miłosierdzia się znalazła. Heh, może się powinnam za romansidło wziąć.

15:17, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 27 stycznia 2011
Wybory dnia codziennego

Mogłabym:

  1. Popisać
  2. Pójść na basen
  3. Obejrzeć film i mieć ambicje w nosie

Popisać to już nie ma sensu, bo jest późno, więc nie da rady się rozkręcić. Zresztą tyle się z kumplem nagadałam dziś o pisaniu, że styka jak na jeden wieczór. Zresztą przecież teraz piszę, więc luz.

Na basen ryzykownie. Niby o ciało trzeba dbać równie bardzo jak o duszę, ale jak się rozchoruję to bez sensu. Nieważne że basen w bloku obok – rozsądnym trzeba być, w końcu nastoletni wiek głupoty pożegnałam już dawno.

Należy się czasem trochę relaksu. Dużo stresu miałam ostatnio, organizacja wspomnianej imprezy-niespodzianki, innych stresujących zdarzeń nie pamiętam, ale ta mnie na serio wykończyła, więc poddam się nurtowi. Odpalę coś debilnego, zrobię sobie dobrą kanapkę i zasiądę na rozjeżdżającej się samoczynnie kanapie, przeklinając ją w myślach co chwilę.

21:17, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
4/3

Wbrew pozorom tym razem nei była to prokrastynacja, a splot nieoczewinanych wydarzeń. Szczegóły poniżej.

Najpierw 4 butelki wina na 3 laski w czwartkowy popracowy spontan pijacki. Z przyczyn wiadomych, wpisu się uskutecznić nie udało. W piątek z kolei odbył się dla odmiany popracowy spontan pijacki na pożegnanie mojej osoby nie-tak-znowu-skromnej po 3 miesiącach pobytu w przybytku uroczo-korporacyjnym. Choć przyznać muszę, że samo pożegnanie było bardzo miłe, mój self esteem wzrósł do poziomów niebezpiecznych. Tyle emocji sprawiło jednak, że pisanie również się nie odbyło – chyba zwyczajnie padłam niewłączając nawet kompa – wszak musiałam być w pełni formy na przyjazd WNM.

Cztery kolejne dni upłynęły natomiast w oczywistej idylli, inaczej być nie mogło. W między czasie zdążyłam zaliczyć kolejny występ live w studiu telewizyjnym, który jednak stresował mnie znacznie mniej, niż organizacja urodzinowej imprezy niespodzianki dla WNM. Zarówno pierwsze, jak i drugie zwieńczone zostało pełnym sukcesem, więc przynajmniej wiem, że nerwy nie poszły na marne. Wczoraj zaś WNM znów musiał odlecieć, zostawiając mi pustki w domu mojem, jednak tym razem minie szybko, jako że po weekendzie staję twarzą w twarz z moim zawodowym marzeniem, zatem podejrzewam, że adrenalina i emocje nie pozwolą mi się nudzić.

15:14, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 stycznia 2011
Surowa sztuka

Nie mam pomysłu na nazwę dla nowego bloga – prokrastynator jest już zajęty, zatem blok dostaje ostatnią szansę. Tym razem pisać będę w Wordzie, i dopiero przeklejać w bloga. Obciach, ale skoro taki toporny to nie mam innego wyjścia.

Nie tylko oglądanie telewizji czy filmów, ale nawet czytanie książek czy spotkania ze znajomymi są w gruncie rzeczy metodami na zjedzenie czasu, który niebezpiecznie domaga się zapełnienia czymś ambitnym. Wychyla się zza rogu, zerka, wwierca się w tył głowy szepcząc: „zrób ze mną coś pożytecznego; zrób ze mną coś, co zaplanowałeś”. Więc zblazowany, czytaj leniwy człowiek, rzetelny prokrastynator, decyduje się na ambitny nawet film, równie ambitną książkę i w rezultacie zaskakuje go noc i czujny rozsądek sugerujący, że o tak późnej porze warto się już położyć, by nazajutrz mieć siły, by stawić czoła wycieńczającemu dniu, wraz z energią potrzebną na wypełnienie wszelkich ambitnych postanowień, na które czas ponownie nie przyjdzie. Śmiem stwierdzić zatem, że Książki są bardzo pożyteczne, jedynie by wypełniać nimi czas, gdy nie ma możliwości wypełnić go czynnościami rzeczywiście pożytecznymi (za pożyteczne uważam te rzeczy, które doprowadzić nas mają do wyznaczonych sobie celów), będą więc doskonałe jadąc rano w tłumie do pracy, czekając na samolot (ale już nie w samolocie, w którym otrzymujemy od życia gratis kilka godzin niczym niezmąconej czasopowietrzoprzestrzeni doskonałej na zastukanie kolejnymi linijkami. Za książkę faktycznie rozwijającą, przynajmniej w sensie skłaniającą do myślenia, a nie jedynie zapewniającą rozrywkę w ostatnich latach przeczytała jedną („cząstki elementarne”), może też Sapkowski, bo idealnie rozbudza wyobraźnię i wciąż w trakcie będące Dzienniki Mrożka. Podobnie z filmami: Człowiek na linie z pewnością był ważny, reszty mogę właściwie niekłamiąc powiedzieć: nie pamiętam. Znika mi tym samym kolejny wewnętrznie akceptowalny sposób usprawiedliwiający nikłe postępy. Strasznie jestem dla siebie surowa.

22:34, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 18 stycznia 2011
Przeprowadzka

It's official: przenoszę bloga na wordpress. Blox mi znów wywalił posta. Jest żenujący, niefajny, nieładny, nieprzyjazdy użytkownikowi i ogólnie obciachowy. Jak założę nowego, podam linka. Dla moich tabunów followersów.

19:09, prokrastynator
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Tagi